Aktualności
NagrodaV Piknik Organizacji Pozarządowych
Nagroda dla Stowarzyszenia Darz Grzyb otrzymana od Starosty Oświęcimskiego i Prezydenta Miasta Oświęcim za najlepsze stoisko promocyjne podczas V Pikniku organizacji pozarządowych w Oświęcimiu.
Najcięższe zatrucia powodują muchomory:
Muchomor zielonawy (sromotnikowy) - Amanita phalloides Muchomor jadowity - Amanita virosa Muchomor wiosenny - Amanita verna (Amanita phalloides var. Verna)Zatrucia substancjami zawartymi w tych grzybach (amanityna i falloidyna) charakteryzują się wielogodzinnym opóźnieniem w występowaniu objawów, bardzo ciężkim przebiegiem oraz dużą śmiertelnością. Substancje te uszkadzają błonę śluzową przewodu pokarmowego oraz powodują martwicę komórek wątrobowych i proksymalnych kanalików nerkowych.Toksyny w nich zawarte są trwałe i odporne na wiele czynników wewnętrznych (np. działanie soków żołądkowych) oraz zewnętrznych, gdyż ich rozkład następuje dopiero w temperaturze powyżej 240 0C. Dlatego nawet kilkakrotne obgotowywanie muchomora sromotnikowego nie uchroni nas przed zatruciem.
W niedzielę 15 sierpnia 2010 roku w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Jagielońskiego Stowarzyszenie Darz Grzyb zorganizowało Wystawę Grzybów pod hasłem "Bezpieczne Grzybobranie". O godzinie 13. 00 wstawę oficjalnie otworzył dyrektor Ogrodu prof. dr hab. Bogdan Zemanek, który stwierdził, że takie wystawy mają dużą rolę edukacyjną i wyraził nadzieję, że bedą organizowane cyklicznie.
Termin rajdu zbiegł się ze szczytem upałów. Jednak na dowód tego, że pasja nie ma granic i pozwala zmierzyć się również z dodatnią wartością słupka rtęci, ekipa członków ST zameldowała się na starcie. Trasa Rajdu wiodła przez Zator – Polankę Hallera - Orawę Słowacką. Przez 4 dni grzybiarze wędrowali przez lasy i ciekawe miejsca krajoznawcze wytyczonej trasy.
Gdyby ktoś spytał jak było? Odpowiedziałbym, że cudownie. Jednak możliwość złowienia pstrąga w foluszu jest jeszcze cudowniejsza. Tym bardziej, że zaraz po złowieniu w kilka minut mamy rybkę podaną na talerzu do konsumpcji. Ale do rzeczy. Kolejny raz członkowie stowarzyszenia „Darz Grzyb” spotkali się na wspólnym grzybobraniu w Foluszu. Wszyscy zameldowali się w piątek. Wieczorem odbyły się nocne rozmowy grzybiarzy i śpiewogranie z Jolką oczywiście. Biesiada trwała do późna w nocy, ale byli i tacy, co przywitali świt. Nazajutrz rano pobudka około godziny ósmej. Śniadanie i wytypowana grupa pięciu uczestników udaje się do lasu na grzybki. Pozostali organizują czas w inny sposób. Część rodzicielsko-dziecięca udaje się na zwiedzanie Folusza i tutejszego Parku Rekreacji i Edukacji Ekologicznej.
We współzawodnictwie może brać udział każdy kto czuje że może w 2010 roku spotkać na swojej "grzybowej drodze" największą ilość borowików. Liczą się oczywiście gatunki borowików , a nie ilość edulisów w "pazerniackim koszu" z ich formami pośrednimi np: Borowik ceglastopory -Boletus erythropus (Fr.) Krmbh i jego forma żółta (żonkilowa) - Boletus luridiformis var. discolor (Quél.) Krieglst. Osoby chcące brać udział we współzawodnictwie powinny się zarejestrować w galerii.
Dla praktykującego poszukiwacza grzybów w odmiennych warunkach klimatycznych, wiosenne grzybobranie jest prawdziwym wyzwaniem. Kiedy się przeskoczy kilka równoleżników i znajdzie w nieco odmiennej krainie zaczyna się zabawa na całego. Posmak smardza w ustach każe obserwować teren przez okres całego roku. Zapamiętuje się potencjalnie prawdopodobne miejsca występowania w oparciu o dotychczasowe doświadczenia. Nic bardziej mylnego, gdyż skandynawski klimat, geologia i rzeźba terenu a także nieco różne od polskich siedliska roślinne nie ułatwiają zbiorów rutyniarzom. Należy, więc odrzucić dotychczasowe stereotypy i uczyć się zbierać grzybowe nowalijki na nowo, zdając się raczej na przypadek. Końcem kwietnia, nad zamarzniętym jeszcze jeziorem udało się mi się odnaleźć kilka sztuk Szyszkówki świerkowej. W rejonie gminy Noresund w połowie maja natrafiłam na Szyszkówkę tęporozwierkową, która wyrosła na szyszkach sosnowych głęboko zagrzebanych w torfowcu nad samym brzegiem jeziora. Niestety w okolicy nie odnalazłam żadnej sosny, więc prawdopodobnie szyszki zostały naniesione na skały przez wodę lub zrzucone przez ptaki. Również w kwietniu można natrafić na Piestrzenicę olbrzymią.
Niewielu grzybiarzy udaje się na wiosenne grzybobrania. Obraz grzybiarza wędrującego z wiklinowym koszem w kwietniowo-majowy dzień budzi gromki śmiech i niedowierzanie. Doświadczyłam tego na własnej skórze i stąd moje porzekadło „ Nie śmiej się z grzybiarza wiosną, bo ci smardze nie wyrosną ”. Faktem jest, że grzybobranie wiosenne wymaga samozaparcia, wytrwałości i cierpliwości, a przede wszystkim wiedzy. Wiosenny grzybiarz nie zapomina o kaloszach, zapasowej odzieży w razie przypadkowego kontaktu z wodą, którą na pewno napotka na leśnych ścieżkach. Niezbędny jest również ciepły ekwipunek bo o tej porze roku pogoda bywa kapryśna. Sukces obfitych zbiorów nie zawsze gwarantowany natomiast doznania niezmienne są od stuleci. Kwietniowe słońce pomaga topić zlodowaciałe bryły śniegu jakie ukradkiem przycupnęły na północnych skrajach lasu. Niby cisza, a wszystko szemrze o wiośnie. Wartki potok pędzi slalomem wśród kamieni i wtedy właśnie kłaniają mu się pierwsze wiosenne grzyby.
Galeria foto - meryt
Galeria foto - El@
Galeria foto - Wito
Galeria foto - trapez
"Grupa wykluczonych" ze smardzowania klubowego, postanowiła spędzić majowy weekend w Brezowicy. Żeńska część smardzowników pod kierownictwem Trapeza, wyruszyła na Słowację w sobotę rano. Pogoda nie skłaniała do wyjazdu, jednak po przekroczeniu granicy w Korbielowie, Słowacja przywitała nas pogodnym niebem, a zza chmur coraz częściej wychodziło słońce, dlatego postanowiliśmy odwiedzić po drodze smardzowe miejsca Maryjki i Wafka.
Ilość znalezionych smardzów nie napawała nas optymizmem, niezrażeni ich znikomą iolścią, odwiedzaliśmy kolejne dolinki, zbliżając się sukcesywnie do celu naszej podróży.
Już od dawna planowaliśmy poszukać nowych terenów smardzowych. Okazja nadażyła się w poniedziałek, bo Józek miał wolny dzień od pracy, dlatego przynudzał od wczesnego rana,że musimy zrealizować plany jeszcze niezrealizowane. Zaopatrzeni w prowiant na cały dzień, wczesnym rankiem ruszyliśmy w nieznane nam tereny smardzowe. Obraliśmy kierunek na Żywiec, po przekroczeniu granicy Słowackiej zwolniliśmy tempo jazdy z obawy na zapłacenie "pokutu". Wolna jazda, była nam całkiem na rękę, bo jadąc po "ceście", wypatrywaliśmy 100% miejsce smardzowych. W samochodzie co chwilę rozbrzmiewał okrzyk -"tu będą!" i gdy była tyko możliwość zatrzymania się, penetrowaliśmy długo upatrzone miejsca. O efekcie poszukiwań mogę powiedzieć starą prawdę: smardze rosną gdzie chcą, jak chcą, i kiedy chcą. W jednym miejscu były wielkie i dorodne, kawałek dalej były stare i wysuszone, a 15 km. dalej zaczynały się dopiero pojawiać,jednak nazbieraliśmy całkiem sporo, a ich przerobienie zajęło mi pół dnia. Niestety zdjęć mamy mało, następnym razem będzie lepiej.



