Spotkanie z Węgrami
Galeria foto - Trapez
Prognozy pogody straszyły śniegiem, nieprzejezdnością dróg i innymi kataklizmami. Pomimo tego zdecydowaliśmy się jechać i nie żałujemy. Większość trasy pokonaliśmy suchymi szosami. Góry były pobielone, ale wszystkie drogi bez problemu przejezdne. Jedynie widoczność nie była najlepsza, mgły, zachmurzenie, ciemności w lesie - warunki do fotografowania takie sobie.
Węgrzy dojechali w sobotę rano, prosto na parking, z którego startowaliśmy na wycieczkę. Trasa prowadziła przez rezerwat, widoki niestety ukryła mgła. Mimo tego większość zdecydowała się na dłuższą i trudniejszą trasę. Pod koniec sypnęło czymś w rodzaju śnieżnej kaszy i mocno zawiało, więc nieco zmarzliśmy. Po powrocie czekał na nas gorący obiad i grzane wino, więc przeziębienie nie groziło nikomu.
Po obiedzie ruszyliśmy na grzybobranie. Efekty marne, grzyby, które napotkaliśmy, można policzyć na palcach. Józkowi udało się za to pozyskać jemiołę (nie brakuje jej w okolicy). Po grzybobraniu był program dowolny, więc odbył się mecz ping-ponga, ognisko, rozmowy w podgrupach, śpiewy i degustacje różnych specyfików. Z ciekawostek należałoby odnotować obecność psa poszukiwacza trufli. Piesek ten jest niesamowity. Widziałam już kilka psów w akcji, zwykle pokazują swojemu właścicielowi miejsce i już człowiek odkopuje grzyba. Ten pies działał inaczej. Biegał sobie swobodnie, to powąchał, to trącił nosem i odchodził, jakby nic nie wyczuł. Po chwili jego pan pochylał się i wyciągał rękę. Piesek kładł pysk na dłoni właściciela i zaraz odchodził. Jednak na dłoni właściciela zawsze coś było. Choćby maleństwo o średnicy pół centymetra. W ogóle ten pies zrobił na mnie wielkie wrażenie. Choć ruchliwy i pełen życia był bardzo spokojny, cichy, nie szczeknął ani razu, nigdy nikomu nie wszedł pod nogi, choć wszystkich obwąchał; pozwalał się pogłaskać, ale na nikogo nie skakał, nie narzucał się z potrzebą zabawy, raczej „przyciągał wzrokiem" i czekał, aż ktoś do niego podejdzie. Chyba przez to w ogóle się go nie bałam.
W niedzielę po śniadaniu zrobiliśmy tradycyjne zdjęcie grupowe, po czym Węgrzy poszli zbierać grzyby na poniedziałkową wystawę, a my oddaliśmy im zebrane po drodze wynalazki i ruszyliśmy z powrotem. Ela z Józkiem i Krzysztofem pojechali wprost do Polski, a ja z Sarenką i Piotrem odwinęłam na Miszkolc, żeby uściskać Marikę. Marika pozdrawia wszystkich serdecznie, czuje się dobrze, porusza się już po domu, ale jeszcze do końca listopada będzie musiała nosić usztywnienie. Potem czeka ją rehabilitacja i nauka chodzenia. Do końca listopada również Marika zostanie bez dostępu do netu.


